Minimalistyczne wyzwanie: 8 miesięcy bez zakupów

Ale jak to bez zakupów? Tak w ogóle bez kupowania niczego? Nie, niezupełnie, już wyjaśniam.

Planowałam bezzakupowe wyzwanie już od jakiegoś czasu, ale nie potrafiłam się za to porządnie zabrać. Być może powodem było to, że ogólnie poza produktami spożywczymi bardzo rzadko cokolwiek kupuję, więc nie miałam tak dużej motywacji, by cokolwiek w swoich nawykach zmieniać. Niedawno jednak nastąpił przełom. Ale od początku.

Od dawna już marzę o tym, by zaspokoić swoje amatorsko-fotograficzne zapędy, kupując aparat fotograficzny. Kilka miesięcy temu zdecydowałam, że gdy tylko suma moich oszczędności osiągnie wystarczający poziom, zrealizuję swoje marzenie. Potem pojawił się problem: pęknięcia na moim (bardzo już wiekowym) telefonie zaczęły się powiększać, przez co wyświetlacz się trochę rozlał. To pewnie początek końca mojego związku z tym telefonem, pomyślałam. No cóż, może i na nowy telefon mi wystarczy. I kilka nowych kosmetyków też się przyda. A, prawie bym zapomniała! Miałam kupić nowy płaszcz na zimę. Co prawda mam dwa, ale mają już po kilka lat, są troszkę podniszczone. Postanowiłam, że zrobię listę rzeczy, które chcę kupić, a gdy tylko będzie mnie stać na coś z tej listy, wybiorę się na zakupy. Wszystkie te rzeczy, które miały się na niej znaleźć (bo w końcu listy nie stworzyłam), były dość dobrze przemyślane i jestem pewna, że bym ich używała, gdybym je zakupiła.

Na deser, kilka dni temu podarłam swoje ulubione, najnowsze, najładniejsze spodnie. Jedną z dwóch par, które nosiłam regularnie. To był właśnie ten przełom. Spodnie pasowały do wszystkich innych moich ubrań i miały mi posłużyć jeszcze kilka lat, co – jak się okazało – nie było im dane. Po kilkuminutowej panice pod tytułem co ja teraz założę, kiedy druga para w praniu?! i szczęśliwym finale ze spódnicą w roli głównej zdecydowałam, że trzeba kupić nową parę. Miałam już zaplanowane piątkowe zakupy, ale nie doszły do skutku, bo właśnie wtedy stwierdziłam, że idealnym wyzwaniem, jakie mogę sobie stawić, jest poradzenie sobie z tymi ubraniami, które mam, bez kupowania nowych spodni czy jakichkolwiek innych elementów garderoby. Żadnego nowego płaszcza, żadnego sprzętu ani kosmetyków. Gdybym ich naprawdę potrzebowała, kupiłabym je już dawno temu. W chwili obecnej nie potrzebuję w życiu niczego nowego.

Zaczynam więc oficjalnie swoje wyzwanie. Od tego momentu nie kupię żadnego przedmiotu, który nie będzie mi niezbędny. Nie uwzględniam tutaj prezentów czy zastępników zepsutych czy zniszczonych rzeczy (bo wszystko się przecież może zdarzyć). Jeśli będę musiała kupić nowe spodnie, to je kupię, ale postaram się tego nie zrobić, dopóki następne nie dokonają żywota.

Mam nadzieję wytrzymać w tym postanowieniu do końca maja, by zaoszczędzić trochę na wyjazd, który planuję na przyszłe lato. Być może zrobię przed nim jakieś zakupy, być może w końcu kupię nowy telefon, bo mój obecny pewnie nie przetrwa zbyt długo, ale postaram się ograniczyć jak najbardziej będę potrafiła. Trzymajcie kciuki.

Advertisements

Czym jest dla mnie minimalizm?

Ostatnio zdarza mi się natrafiać w sieci na dyskusje na temat minimalizmu i artykuły wyrażające skrajne opinie na temat tego stylu życia. Wdrażam minimalizm do swojego życia od ponad dwóch lat i dopiero teraz dociera do mnie to, że nie wszyscy widzą to jako złoty środek na życie, a wielu nawet krytykuje to, co mi w wielu aspektach życia bardzo pomogło.

Ale zacznę może od początku, by móc wyjaśnić na czym według mnie polega minimalizm, albo inaczej: czym jest mój minimalizm.

Urodziłam się w rodzinie, która zachłyśnięta postkomunistyczną rzeczywistością, kolekcjonowała pojawiające się coraz liczniej na rynku dobra, kierując się wiarą w to, że im więcej się ma, tym lepiej. To, że niektóre z tych przedmiotów nigdy nie zostaną użyte nie miało znaczenia, bo przecież zawsze mogą się przydać. Biorąc pod uwagę fakt, że daleko nam było do zamożności, dzieciństwo spędziłam w otoczeniu średniej i niskiej jakości niepotrzebnych przedmiotów i gratów, w nienawiści do sprzątania i z wpojonym mi przez opiekunów przekonaniem, że im więcej się ma, tym wyższy status społeczny, większe uznanie i większa satysfakcja z życia. I tak sobie żyłam, mając tony ubrań, bibelotów, kolekcje pocztówek, znaczków, świeczek i porcelanowych słoni, których nienawidziłam odkurzać. Nie potrzebowałam tego wszystkiego, ale głęboko wierzyłam, że dobrze jest mieć. Mając 18 lat nadal marzyłam o ogromnym domu z basenem i biblioteką na poddaszu oraz milionach na koncie. Aż w końcu trafiłam w Internecie na stronę The Minimalists, co – można powiedzieć – odmieniło moje życie.

Dziś, 5 lat później, chciałabym mieć tyle, by móc zaspokoić swoje potrzeby swoje i innych i nie drżeć ze strachu o przyszłość. Długą drogę na ścieżce minimalizmu już przeszłam, choć to zaledwie mały krok w porównaniu z tym, co jeszcze przede mną. Wciąż pozbywam się tego, co nagromadziłam w wieku nastoletnim, nadal uczę się rozstawać z rzeczami, których nie potrzebuję i ciągle żegnam się z sentymentami, które trzymają przy mnie niektóre przedmioty. Staram się rozstawać z tym, co nadmierne, niepotrzebne i szkodliwe, a zachowywać i pielęgnować to, co potrzebne i przydatne.

Minimalizm jak do tej pory przynosi mi same korzyści, dlatego po przeczytaniu m.in tego wpisu i tego artykułu jestem bardziej niż zaskoczona. Jak to tak?! Minimalizm nie ma żadnego związku z marketingowymi trikami, nie jest namawianiem ani zmuszaniem nikogo do pozbywania się rzeczy. Nie oznacza wyrzucania wszystkiego, co posiadamy, by w końcu nie posiadać żadnego zapasowego ręcznika. Nie jest zasadą mówiącą o tym, że trzeba posiadać trzydzieści sztuk odzieży o klasycznym kroju i neutralnych kolorach i czytnik zamiast półki z książkami. Nie jest ideologią, która zmusza do sprzedania całego dobytku i życia w ascezie. Nie jest skąpstwem, które prowadzi do tego, że w imię idei będziemy żyć tylko o chlebie i wodzie. Do niczego nie zmusza. Nie jest też snobistycznym trendem dla chcących się pokazać przed innymi bogaczy, który objawia się białymi wnętrzami i szalenie drogim wyposażeniem w lofcie na szczycie wieżowca. To wszystko nie ma niczego wspólnego z minimalizmem jako stylem życia, choć minimalizm może mieć tyle różnych oblicz, ilu istnieje minimalistów. Mam wrażenie, że takie negatywne (i jakby nie patrzeć, często krzywdzące) opinie biorą się z niezrozumienia wynikającego z braku zgłębienia tematu i/lub poruszania się tylko po płaszczyźnie stereotypów, bo ja sama nie doświadczyłam żadnych negatywnych skutków wprowadzenia minimalistycznych rozwiązań do swojego życia. A daleko mi do bycia bogatą snobką z klasyczną garderobą, a mojemu pokojowi do jasnego, stylowego wnętrza z białymi ścianami i drogimi meblami.

Mój pokój, choć duży, jest ciemny i trochę zagracony, bo dzielę go z jedną osobą i dwoma kotami. Mam swój własny styl ubierania się, który dopasowuję do swojej osobowości i własnych potrzeb. Nie posiadam czytnika e-booków i nie planuję go mieć. Ksiązka po książce, pozbywam się swojego księgozbioru. Są przecież biblioteki. Czasami kupuję w second-handach. Staram się kupować przedmioty dobrej jakości, jednocześnie zwiększając swoją wiedzę i świadomość na temat procesu produkcji tego, co kupuję. Nie jestem sknerą, choć staram się oszczędzać. Chadzam do kina, teatru, na koncerty. Żyję za tysiąc złotych miesięcznie, zdarza się, że nawet za mniej. Nie jestem ani bogata, ani biedna.

Minimalizm na początku był dla mnie uwolnieniem od materialnego ciężaru, który zbierał się przez lata. Nadal jest, choć sytuacja znacząco się polepszyła. Jest drogą do większego spokoju myśli, większej przestrzeni i mniejszego bałaganu. Ułatwieniem w wielu aspektach i czerpania korzyści i radości z tego, co posiadam, a posiadam (już prawie) tylko to, czego potrzebuję. Jest ideą, która otwiera oczy na inne idee i pomaga skupiać się na tym, co dla mnie ważne, jednocześnie dając się dopasować do mojego stylu życia. Tłem dla zasad, którymi się kieruję. Tym właśnie jest dla mnie minimalizm.

Niewolnicy technologii i Dzień bez Telefonu Komórkowego

Zainspirowana tym artykułem postanowiłam poruszyć w swoim pierwszym wpisie temat telefonów i innych gadżetów elektronicznych.

O tym, że dziś obchodzi się Dzień bez Telefonu Komórkowego, dowiedziałam się z wyżej wspomnianego artykułu jakieś dwie godziny przed napisaniem i opublikowaniem tego wpisu. Nieużywanie telefonu przez cały dzisiejszy dzień nie będzie dla mnie żadnym wyzwaniem, ponieważ często zapominam zabrać go ze sobą lub naładować, przez co zdarza mi się nie korzystać z niego nawet przez kilka dni z rzędu. Tydzień temu wyjechałam na cały dzień do innego miasta, nie zabierając ze sobą telefonu. Nie brakowało mi go ani trochę. W niektórych momentach czułam się wręcz wyalienowana, gdy cała trójka znajomych, z którymi się na ów wyjazd wybrałam siedziała pochylona nad swoimi smartfonami, a ja z nudów obserwowałam w ciszy ludzi wokół. Gdy zażartowałam z tej sytuacji, by zagaić rozmowę, jedna z nich stwierdziła, że podziwia mnie za to, że jestem w stanie wytrzymać cały dzień bez telefonu, kiedy ona zerka na swój co piętnaście minut. Trochę mną to stwierdzenie wstrząsnęło, gdy uświadomiłam sobie jak zniewolone technologią jest nasze społeczeństwo, a z drugiej strony pojawił się niewielki cień dumy z samej siebie, że potrafię się oprzeć tej zbiorowej hipnozie serwowanej przez świecące ekrany.

Dziś mój telefon komórkowy posłużył mi jako budzik wczesnym rankiem i niech zostanie do końca dnia tam, gdzie go zostawiłam. Jestem pewna, że unikam uzależnienia od niego z jednego prostego powodu: nie jest to smartfon z milionem opcji i apek, a stary model Sony Ericssona z 2008 roku. Używam go od około trzech lat, pożyczyłam go od taty mojej dziewczyny, gdy mój własny telefon wyzionął swego elektromagnetycznego ducha, i mam zamiar korzystać z niego tak długo, jak tylko będzie to możliwe. Nie ma żadnych bajeranckich opcji, które mogłyby skupiać moją uwagę na dłuższy czas, więc służy tylko do dzwonienia i sms-owania, budzenia mnie, wskazywania godziny, a czasami również przechowywania krótkich notatek.

Jednocześnie muszę się do czegoś przyznać. Do niedawna używałam tabletu i potrafiłam spędzać przy nim długie godziny. Też byłam niewolnikiem technologii, choć prawdą jest, że urządzenie to było niesamowicie przydatne. Tablet był niewielki, więc mogłam go włożyć nawet do małej torebki, nosiłam go na zajęcia, gdyż przechowywałam na nim podręczniki i inne materiały do nauki, przez co nie było potrzeby ich drukowania, wrzucałam na niego bilety zakupione przez internet (też nie trzeba było marnować papieru na drukowanie), mogłam na nim czytać książki, robić obszerne notatki i używać do wielu innych rzeczy, które ułatwiały. Z drugiej strony był ciągłą pokusą, by zajrzeć na instagrama, facebooka, sprawdzić skrzynkę mailową albo zajrzeć na kilka stron internetowych, bo może jakieś ciekawe informacje albo inne, zmieniające życie rzeczy mogły się tam pojawić. Jakieś dwa lub trzy tygodnie temu tablet się zepsuł. W pewnym momencie okazało się, że ekran zgasł i nie da się nic zrobić, żadne resety, czary ani egzorcyzmy nie zadziałały, Wziął i umarł. Zasmuciło mnie to i rozzłościło jednocześnie. Przecież miałam na nim tyle potrzebnych rzeczy! Na dodatek miał trochę ponad dwa lata, jak mógł się tak szybko zepsuć? No tak, planowana żywotność sprzętów w dzisiejszych czasach dała się we znaki także mnie, pomyślałam. Postanowiłam, że zaniosę go do serwisu w celu naprawy, nawet jeśli miałoby to kosztować połowę wartości nowego tabletu, a jeśli nie da się go naprawić, to bunt na pokładzie, nie kupię nowego, jakoś przeżyję bez tabletu. Minęło już tyle dni, a ja ani nie zaniosłam do naprawy starego, ani nie kupiłam nowego. Złość spowodowana utratą tego technologicznego cudu już dawno mi przeszła, a zastąpiła ją swego rodzaju ulga i poczucie wolności. Zostałam z dziewięcioletnim telefonem, który u innych powoduje spojrzenia pełne zdziwienia z politowaniem i nie aż takim starym, bo zaledwie czteroletnim komputerem, który przestaje łapać wifi po oddaleniu się od routera na odległość większą niż dwa metry. Na szczęście moja druga połowa ma stuprocentowo sprawny komputer, na którym właśnie wstukuję ten wpis, bo na własnym mogłabym to zrobić jedynie siedząc w korytarzu, ewentualnie na progu drzwi do naszego pokoju.

Nie mogę powiedzieć, że nie jestem uzależniona od technologii, bo jestem. Niemal codziennie używam komputera i telefonu, kontakt z bliskimi i znajomymi utrzymuję w dużym stopniu za pomocą tych urządzeń, ale z drugiej strony krok po kroku poszerzam swoją świadomość w tym temacie. Obserwuję otoczenie, innych użytkowników technologicznych nowinek i relacje między nimi. Wyciągam wnioski i uczę się na błędach własnych i cudzych. Krok po kroku próbuję się uwolnić. Chcę spędzić życie z ważnymi dla mnie osobami, a nie obok nich, będąc uwięzioną w świecie ograniczającym się do świecącego pudełka.